środa, Czerwiec 20th, 2012 | Author:

Katarzyna Skoczylas

Łaciński wyraz określający małżeństwo – coniugium – oznacza „być w jednym zaprzęgu” i wskazuje na wspólne podejmowanie trudów i zadań życiowych. Wielu małżonków pośród wspólnie znoszonych przeciwności losu, jak trafnie dowodzi o. Jacek Salij OP, uświadamia sobie, że ich wzajemnej wspólnoty nawet śmierć nie rozłączy. A wiara podpowiada im, że w ich miłości – dzięki łasce Bożej – wypełnia się tajemnica wielka w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła (Ef 5,32)1.

Dla wielu ludzi małżeństwo jednak wydaje się być instytucją hamowania miłości, szczęścia, seksualności. To, co najpierw było idealne, z czasem staje się normalne, nudne i obojętne. W kręgach katolickich pojawia się też stwierdzenie w rodzaju: skoro budujemy swoją miłość na Chrystusie, to automatycznie tworzymy dobre małżeństwo. Sam punkt wyjścia jest słuszny: Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus (1 Kor 3,11). Takie małżeństwa są trwałe, ale oprócz słusznego fundamentu musimy włożyć do małżeństwa jeszcze swoje 100 %.

W dzisiejszych czasach instytucja małżeństwa przechodzi ogromny kryzys, młodzi ludzie żyją coraz częściej w związkach niesakramentalnych. Jedni tłumaczą się tym, że chcą się „sprawdzić”, czy nadają się do małżeństwa, drudzy twierdzą, że ślub ani „papier” nie jest im do niczego potrzebny. Z kolei mówiąc o kryzysie małżeństwa, trzeba wskazać również drugą grupę, a mianowicie małżeństwa, w których niewiedza i różnego rodzaju zahamowania dotyczące pożycia małżeńskiego prowadzą do fałszywego i niezdrowego tabu. W jak wielkiej nieświadomości co do kwestii małżeństwa są te wszystkie pary! Małżeństwo przecież nie jest umową społeczną, nie jest też stanem partnerskim bądź koleżeńskim, nie jest też celibatem. Jeśli miałabym określić, czym jest małżeństwo, odpowiedziałabym bez wahania, że jest powołaniem odzwierciedlającym się w sakramencie, ustanowionym przez samego Jezusa Chrystusa. Powołanie do małżeństwa jest wpisane w naturę kobiety i mężczyzny, którzy wyszli spod ręki Stwórcy. Miłość wzajemna kobiety i mężczyzny jest więc obrazem absolutnej, niezniszczalnej i czystej miłości, jaką Bóg umiłował człowieka.

Rutyna i zachwianie hierarchią małżeńską

Smuci mnie fakt, że pary zawierające związek małżeński popadają coraz częściej w rutynę, przestają się dla siebie starać, a co gorsza odwracają i tym samym niszczą cały Boży porządek małżeństw, odzwierciedlający się w pewnej hierarchii. Mam tu na myśli błędne przekonanie, że najważniejszą osobą na świecie powinno być dziecko, ponieważ jest ono połączone z matką i ojcem więzami krwi. Myślę, że w konsekwencji małżonkowie stają się wzajemnie dla siebie partnerami, których po pewnym czasie możemy zawsze zmienić, ponieważ nie łączą ich żadne więzy krwi, a do tego wszystkiego dochodzą jeszcze takie kwestie, jak złośliwość i przewrotność życia, w którym nigdy nie wiadomo, czy nasza „połówka” nie porzuci nas dla kogoś młodszego, piękniejszego, atrakcyjniejszego, krok dalej natomiast jest już tylko deklaracja, że przestaliśmy do siebie pasować, a nasze uczucie się wypaliło.

Na szczęście małżonka nie można zamienić na innego. Możliwe jest niestety jego porzucenie, ale to jednak do samego końca będzie żona albo mąż, choćby dokonać tysiąca cywilnych rejestracji, rozwodów i innych operacji, które przed Panem Bogiem są zupełnie nieważne. Ślub też jest tylko jeden na całe życie (wyjątek od tej reguły stanowią jedynie wdowcy). Nigdy kobieta żyjąca z rozwodnikiem nie będzie jego prawdziwą żoną, choćby i urodziła mu gromadkę dzieci, dzieliła z nim łoże i konto w banku.

Ważnym jest również, aby pamiętać o tym, że nie istnieje inny związek między ludźmi tak silny, jak w szczerze kochającym się małżeństwie. Nie ma również takiego związku międzyludzkiego, który mógłby się nawet do tej miłości zbliżyć — właśnie dlatego, że współmałżonka ma się na zawsze — współmałżonek jest nam dany, a dzieci są nam zadane. Ja ze swoim Ukochanym Mężem jestem jednym ciałem, bo wiem, że gdzie jedno ciało, tam i jeden duch. Dzieci zaś nigdy nie są częścią nas i z każdym dniem stają się (i słusznie) coraz bardziej od nas niezależne, aż w końcu opuszczą nas po to, by złączyć się ze swoim współmałżonkiem, aby odtąd stanowić z nim jedno, lub podążyć za powołaniem do stanu duchownego, ale opuścić rodziców muszą.

Nie chcę tu kwestionować ważności więzów krwi. Wiem, że są one ważne, ale są zupełnie niczym wobec szczerej miłości duchowej. Myślę, że małżeństwo to coś nieporównywalnie większego niż najsilniejsze nawet więzy wynikające z pokrewieństwa. W końcu mamy Sakrament Małżeństwa, a nie sakrament rodzicielstwa, braterstwa czy wujostwa. Należy zwrócić uwagę na fakt, że przy adoptowanych dzieciach nie ma przecież więzów krwi, a czy rodzicielstwo w wyniku adopcji jest zatem gorszym rodzajem rodzicielstwa? Czy w związku z tym takie dzieci też można wymienić, tak jak niektórzy uważają, że można wymienić współmałżonka? Dla mnie na zdecydowanie pierwszym miejscu jest mój Ukochany Mąż, a ja dla niego. Małżeństwo zawsze zachowuje swoją autonomię w rodzinie jako krąg osób zdecydowanie najbliższy. Nie chodzi o to, aby dzieci nie kochać, by nie były ważne, by kochać je słabo. Dzieci muszą być niewiarygodnie mocno kochane, być niewiarygodnie ważne, a mąż — nieporównywalnie ważniejszy od nich. Traktowanie współmałżonka na zdecydowanie pierwszym miejscu to również kwestia podstawowa dla właściwego przeżywania swojej kobiecości i męskości. Należy zwrócić uwagę, że nie da się inaczej zdefiniować słowa „kobieta”, jak tylko przez porównanie do mężczyzny, i odwrotnie. Pan Bóg mówiąc, iż nie jest dobrze, aby człowiek był sam, dał człowiekowi… współmałżonka. Oczywiście, że rola matki i ojca jest niezmiernie ważna dla męskości i kobiecości, ale na bezwzględnie pierwszy plan wysuwa się (dla osób żyjących w małżeństwie) rola żony i męża.

Błędne myślenie od samego początku

Rozmawiając ze znajomymi, śledząc wpisy na blogach, forach i portalach społecznościowych, spostrzegłam ciekawe zjawisko. Ludzie otwarcie mówią o możliwości zmiany swojej „połówki”, tłumacząc się przewrotnością życia, że np. „człowiek, za którego wyszłam za mąż, okazał się złodziejem, dlatego muszę wziąć rozwód, ułożyć sobie życie na nowo”. Widzę ludzi potłuczonych, poszukujących do skutku kogoś, kto będzie do nich pasować, kto będzie tolerancyjny dla ich zainteresowań, a przede wszystkim tym razem szukają człowieka, który nie będzie od nich wymagał (sic!). Doszło do tego, że w dzisiejszych czasach ślub to tylko wielka impreza, na której rozbiegany tłum próbuje prześcigać się w strojach, a państwo młodzi żyją tylko tym wydarzeniem. To, co potem, to nieważne, bo przecież jesteśmy tylko ludźmi i zawsze możemy się rozstać, by poszukać sobie kogoś, kogo pokochamy naprawdę, bo przecież każdy chce kochać i być kochanym.

Dla ludzi, którzy tak myślą, mam jedną radę — nie powinni się w ogóle pobierać, bo po co? Oszczędzą sobie wtedy rozczarowań. Lepiej poczekać i dojrzeć, aby wyzbyć się takiego myślenia. Bóg dał nam siebie — żonę i męża — nawzajem tak, byśmy zjednoczyli się w jedno ciało. On wiedział, co robi. Wiedział, że nie będziemy mieli ze sobą łatwego życia. Dlatego dał nam między innymi naszą cielesność, byśmy siebie potrzebowali, wzajemnie siebie sobie oddawali w małżeńskim pożyciu. Zjednoczeni tak wspaniałą więzią, jesteśmy w stanie przetrwać wszystkie stresy, frustracje, wypocząć po każdym zmęczeniu i nabrać chęci do życia w chwilach zwątpienia. Pamiętajmy, aby w małżeństwie kierować się pewną sprawdzona zasadą, a mianowicie tym, że nie ja, ale ta druga osoba jest najważniejsza. W małżeństwie o sobie trzeba myśleć dopiero w drugiej kolejności. Pamiętajmy, że jesteśmy odpowiedzialni za małżonka przed samym Panem Bogiem, zawsze musimy wychodzić od niego. Kiedy taką zasadą kierują się małżonkowie względem siebie, może czasami być trudniej, ale nie ma prawa być źle!

Kobietą być

Niebanalne znaczenie w budowaniu idealnego związku odgrywa rola kobiety. Drogie Panie, powróćmy na chwilę do momentu, kiedy zobaczyłyśmy po raz pierwszy naszego ukochanego. Przypomnijcie sobie: jak codziennie się stroiłyście na spotkanie z nim? Kąpiel, makijaż, perfumy, odpowiednia kreacja. Jestem przekonana, że byłyście wtedy ogromnie podekscytowane spotkaniem z Waszym jedynym, a czas oczekiwania na niego niemiłosiernie się Wam dłużył. Miałyście „motyle w brzuchu” i byłyście doskonale świadome, jak chętnie patrzył na Was i pokazywał się z Wami, zabierał do kawiarni i na spacer. A jak wyglądałyście wczoraj, kiedy wrócił z pracy? Jak byłyście dziś ubrane, kiedy wychodził do pracy? Czy nie jest to zadziwiające, że gdy tylko minął miesiąc miodowy, macie raczej poczucie bycia uwięzioną niż pożądaną? Wiem ze swojego doświadczenia, że wcale tak nie musi być! Pamiętajcie zawsze, że jesteście tymi kobietami, które zostały wybrane. Jesteście dla swoich mężów najpiękniejsze, najmądrzejsze, najlepsze. Dbajmy o siebie dla naszych mężów, zwróćcie uwagę, ile czasu teraz spędzamy przed lustrem, wychodząc na zakupy, do pracy. Konkludując: dbamy o siebie dla kogoś więcej niż dla naszego najważniejszego człowieka — jakim jest nasz mąż. Zróbcie rzetelny rachunek sumienia, dla kogo bardziej starcie się być piękne, na kim chcecie zrobić wrażenie — na lekarzu, do którego idziesz, na innych rodzicach podczas wywiadówki, czy na mężu? Czy nosicie to, co Wam się podoba, czy to, co podoba się Waszemu mężowi?2

Strażnicy moralności

Smuci mnie również fakt, że wielu małżonków nie okazuje sobie publicznie ciepła, nie okazuje uczuć, sądząc, że czynią dobrze. Nie rozumiem stwierdzeń, jakoby „zbytnie” okazywanie czułości żonie przez męża było czymś niewłaściwym i osłabiało jego status silnego mężczyzny, odpowiedzialnego męża, ojca, pracodawcy itp. Pozwolę sobie zadać pytanie — co ma jedno do drugiego? Nie trzeba tu chyba wskazywać zbyt dużo przykładów, aby zburzyć tę teorię. Cesarz Aleksander III słynął w polityce ze swej surowości i rządów silnej ręki, a jednocześnie był bardzo kochającym, czułym i ciepłym mężem. Nie można budować teorii tylko na bazie tego, że jeżeli małżonkowie okazują sobie dużo czułości (nie tylko publicznie), to są słabi lub dziecinni, ponieważ niejednokrotnie okazywanie sobie miłości w małżeństwie, w dzisiejszych czasach, stanowi dowód odwagi i umiejętnego opierania się tak współczesnemu światu, jak i faryzejskim obrońcom rzekomo „tradycyjnej” obyczajowości, tj. takiej, która lubuje się w posuniętym do absurdu uprzykrzaniu życia innym i oburzaniu się z byle powodu – również z powodu rzeczy, które należy chwalić.

Co najmniej zabawnym wydaje się również pouczanie małżonków przez „upoważnionych” świeckich pozostających jeszcze w stanie panieńskim lub kawalerskim. Ludzi, których x. Jan Jenkins wspaniale scharakteryzował: To są ci, którzy skorzy będą do krytykowania najdrobniejszego szczegółu życia swoich bliźnich, którzy wyobrażają sobie, że są policją parafii, którzy po Mszy sprawdzać będą, czy wszyscy mają ubrania odpowiedniej długości, którzy jako pierwsi poinformują wszystkich o najnowszej teorii spiskowej, lub czymkolwiek, co nie wygląda tak, jak powinno. Mają oni nadzieję, że wszyscy będą pod wrażeniem ich doskonałości, tego, że — inaczej niż inni — wiedzą o tym, o czym nikt nie ma pojęcia i nie nawrócą innych, dopóki ci nie dostosują się do ich standardów3. Owi strażnicy „obyczajowości” niestety łatwo manipulują słabymi małżonkami. Ich działania godzą w małżeństwo, odzierając małżonków ze szczęścia, sprawiają, że małżonkowie niesłusznie wstydzą się swojej miłości i czułości, bardziej chcą się podobać swoim „recenzentom” niż Panu Bogu i sobie nawzajem. Z kolei silne pary zwalczają ich jak przeszkodę na drodze do małżeńskiego doskonalenia. W konsekwencji ta niedźwiedzia przysługa nie wnosi nic dobrego, a pary, które ulegną naciskowi, zamiast być dla innych przykładem szczęścia, jakie Bóg daje w małżeństwie, odstraszają od decyzji o ślubie.

Miłość małżeńska

Jakże często można usłyszeć, że największa jest miłość matki do dziecka, ponieważ jest to miłość prawdziwie czysta i bezwarunkowa. Miłość do współmałżonka jest w ujęciu twierdzących tak ludzi miłością warunkową — co sami wprost przyznają. Niestety muszę ich rozczarować, bo są w wielkim błędzie. To współmałżonka należy kochać miłością bezwarunkową, a jeżeli nasza miłość taka nie jest, to już nie można jej nazywać prawdziwą miłością małżeńską, na tym między innymi polega wartość nierozerwalności małżeństwa. Wiadomym jest, że każda prawdziwa, pochodząca od Pana Boga miłość zawsze domaga się wzajemności, ale wzajemność to dopiero odpowiedź na naszą miłość. Wzajemność ta nigdy też nie może pozostać warunkowa. Miłość małżeńska bez wzajemności jest tragedią życiową, dlatego powinniśmy dokonywać mądrych wyborów, pracować nad małżeństwem, starać się dla niego — dając zawsze „ponad miarę”. Co ciekawe, jeszcze nie tak dawno temu miłość małżeńska była powszechnie uważana za coś pewnego jak skała. Dziś odwrócenie tej hierarchii miłości, zepchnięcie małżonka na równy lub drugi plan, dopuszczanie możliwości rozwodu, w największej mierze powoduje kryzys małżeństwa. Patrząc jeszcze z trochę innej strony – to, że z Ukochanym jesteśmy razem tak szczęśliwi, w dużo mniejszym stopniu wynika z tego, że się tak dobraliśmy, a w znacznie większym z Bożej pomocy, która jako jedyna nigdy nie zawodzi, a także z tego, że wiemy, iż rozstanie nigdy nie wchodzi w grę. Wiemy, że musimy się sobie codziennie ofiarowywać i codziennie się dla siebie zmieniać i nieustannie uczyć, ponieważ nie ma mowy o odwrocie. A jeśli chodzi o zaufanie, to znacznie bardziej niż w sobie pokładamy je po prostu w Panu Bogu, bo On w odróżnieniu od nas nigdy nie zawodzi.

Kochani, dbajmy o pielęgnowanie miłości i odpowiednią jej hierarchię, bo miłość to doskonały dar od naszego Stwórcy. Pismo Święte poucza nas, że miłość nie może się nigdy skończyć i jest jedynym „bagażem”, który możemy zabrać z tego świata do wieczności.

Miłość poza grób

Na zakończenie warto zauważyć, że myśląc o małżeństwie, powinniśmy się skupić na istocie małżeństwa jako dążeniu do rzeczy ostatecznych poprzez dobrowolne wejście mężczyzny i kobiety w nierozerwalną wspólnotę całego życia, nakierowaną na przebóstwienie naturalnego związku do miłości chrześcijańskiej na wzór miłości Chrystusa do Kościoła. Jak wyjaśnia abp Edward Ozorowski: Chrystusowa obietnica Królestwa Niebieskiego pozwala małżeństwu i rodzinie żywić nadzieje przynajmniej w trzech dziedzinach: że ostanie się ich życie, miłość i komunia, a więc to, co ich konstytuuje i stanowi; że wszystko to osiągnie doskonałość, dającą pełnię szczęścia; i że stan doskonałości polegać będzie na przebóstwieniu tego, co ludzkie, a nie na jego odrzuceniu lub zniszczeniu. Wzorem tu jest zmartwychwstały Chrystus, ukazujący się uczniom jako ten sam i zarazem inny: ten sam w swojej osobie i inny w swojej naturze, bo przebóstwionej. Eschatyczna przyszłość człowieka niesie nadzieję przebóstwienia, a nie tylko wyleczenia z ran grzechowych. Nadzieja zaś zawieść nie może, bo „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5). Skoro Bóg powołał ludzi do życia w małżeństwie i rodzinie, skoro ich przeznaczył i usprawiedliwił, to także obdarzy ich chwałą w Królestwie Niebieskim (Rz 8, 30)4. Warto więc pielęgnować i walczyć o codzienny wzrost tej najwspanialszej z miłości, jaka może być między ludźmi, właśnie w kontekście powyższego.


1 O. Jacek Salij, Tęsknota małżonków za niebem, „W drodze” nr 451 (03/2011).

2 M. i P. Wołochowicz, Jak w pełni wykorzystać Boży dar płciowości, Warszawa 2008.

3 X. Jan Jenkins FSSPX, Kazanie na 3 Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego AD 2010.

4 Abp. Edward Ozorowski, Zamysł Boży o rodzinie.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.
Leave a Reply